04
Sie-2016

Sporady i smak życia – Kos i Dikeos

Dikeos (846 m n.p.m.) to najwyższa góra greckiej wyspy Kos leżącej na Morzu Egejskim. Kos należy do archipelagu Sporady Południowe, zwanego inaczej Diodekanez, czyli po polsku, archipelag Dwunastu Wysp. Wg mapy na szczyt Dikeos prowadzi tylko jedna, jak się później okazało, dość kiepsko oznakowana ścieżka.

Zaczyna się ona w wiosce Zia, znanej z produkcji kanelady, czyli syropu cynamonowego. Dla mnie jest on o wiele za słodki. Używa się go do deserów i słodzenia napojów. Zia leży ok. 15 km od stolicy Kos, warto tam podjechać wypożyczonym autem lub skuterem i wtedy dopiero wystartować na odległy ok. 4 km szczyt. Mniej więcej jeden kilometr za wioską mija się tawernę, która jest ostatnim punktem gdzie można wypić coś zimnego i zaopatrzyć się na drogę.  Potem nie ma nawet najmniejszego sklepu, ani nawet źródełka wody. Nie brakuje za to ostro pnącej się w górę wąskiej, kamienistej ścieżki i mocno palącego słońca. Ale od początku…

GALERIA

[Proponujemy oglądanie zdjęć w powiększeniu]

Wystartowałem wcześnie, rano i nie z wioski Zia, lecz z Lambii, leżącego obok stolicy Kos, turystycznego kurortu. Szczyt Dikeosu majaczył na horyzoncie, więc ciężko byłoby zgubić drogę. Zaraz po starcie na tle widocznej po drugiej strony cieśniny wyspy Kalimnos pojawiła się tęcza, jedna z najpiękniejszych jakie w życiu widziałem. Pomyślałem, że to dobry omen.  Pierwsze 13 kilometrów biegłem pnącym się cały czas pod górę asfaltem. Wpierw wzdłuż brzegu, potem pośród winnic i pól uprawnych, w końcu serpentynami wśród  piniowych i świerkowych lasów. Dające trochę cienia lasy występują na tej wyspie tylko na zboczach Dikeosu.

Od wioski Zia droga nabrała bardziej górskiego charakteru. Minąłem zamkniętą jeszcze z powodu wczesnej godziny wspomnianą tawernę. Na szczęście jest przy niej ujęcie zimnej wody. Uzupełniłem więc nią bidony, coś zjadłem i dalej do góry. Dość szybko kamienista droga zmieniła się w stromą, wąską ścieżkę. Zaczęły się zakosy, uskoki. Ostro opadające zbocze i stromizna samej ścieżki zmuszały mnie do zwiększenia uwagi i zwolnienia tempa. Czasami przechodziłem z biegu do marszu, lub łatwej wspinaczki. Biegnąc tą percią nie spotkałem żywej duszy. Cisza, spokój, tylko góry i ja. Czasami znajdowałem enigmatyczne oznakowania szlaku.

Mniej więcej 1,5 kilometra przed szczytem wyszedłem z chyba najbardziej stromego odcinka ścieżki na szeroką przełęcz. Skończył się las, rozpościerała się usłana kamieniami hala z wysoką trawą i przypominającymi oset roślinami. Z przełęczy widać było pomarszczone morze po obydwu stronach wyspy. Coś pięknego! Zrobiła się już godzina dziewiąta i słońce zdążyło mocno rozpalić powietrze. Na szczęście zaczęło mocniej wiać. Skręciłem w lewo i biegiem ruszyłem trawersem w kierunku widocznego już szczytu.

Na szczycie, zza załomu skalnego wyłoniła się typowo grecka, biała kapliczka. To słynna z tapet i zdjęć kapliczka Metamorfosis! Pełnię mego szczęścia uzupełniało, bardzo przejrzyste powietrze, ostre słońce, łopocząca na wietrze flaga Grecji, a w dole turkusowe morze i przeobłędny widok na Turcję i inne wyspy Diodekanezu. Na południu jak na dłoni było widać wulkaniczne Nisiros i mniejsze Giali, po drugiej stronie wyspy Kalimnos i Pserimos, a na zachodzie brzeg Turcji z widocznym Bodrum.

Zegarek pokazał, że pokonałem 18 kilometrów w poziomie i 845 metrów w pionie. Niby niewiele i nie czułem jeszcze tego w nogach. Jeszcze! Nie chciało mi się wracać, rozglądałem się dookoła, robiłem zdjęcia. Porównywałem widoki z mapą i szukałem innej, zejściowej ścieżki, prowadzącej do monastyru Agios Dimitros.  Na darmo. Żadnego ewidentnego śladu prowadzącego na północny wschód nie znalazłem. Po kilkunastu minutach takiego marudzenia zacząłem zbiegać tą samą niestety ścieżką co wbiegłem.

Po drodze spotkałem parkę młodych turystów. O dziwo, chłopak zagaił do mnie po polsku, bo zobaczył moją biało czerwoną czapkę z daszkiem. Okazało się, że są niemieckimi studentami z Berlina, a jednym z języków, których chłopak się teraz uczy jest nasz polski język. O jak miło! Udzieliłem im kilku wskazówek dot. szlaku i pognałem dalej. Robiło się coraz cieplej i strasznie mnie męczyło pragnienie. Tym razem tawerna była już otwarta. Zimna kawa frappe postawiła mnie chwilowo na nogi.

Słońce stało prawie w zenicie. Las nie dawał już cienia.  Zaczęła się męczarnia zbiegu po rozgrzanym asfalcie. Na 33 km dopadł mnie kryzys. Mimo, że biegłem cały czas w dół czułem się coraz słabszy, jakby ktoś wyłączył mi zasilanie. Picie już nie pomagało, w czwórki łapały skurcze, czułem się jak zagotowana chłodnica. W dodatku nie tylko mi skończyła się energia, padł też i mój zegarek gps. Do hotelu zostało mi wtedy jeszcze parę ładnych kilometrów i chyba tylko siłą woli tam dobiegłem. Akurat na obiadek.

A po godzinie wykąpany, najedzony i zadowolony siedziałem w basenie z zimnym piwkiem w ręku. I oczywiście jak zwykle SZCZĘŚLIWY. Jamas!

 03.06.2015

PLAN TRASY

0

 likes / jeden komentarz
Poleć ten post:

Archiwum

> <
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec
Jan Feb Mar Apr May Jun Jul Aug Sep Oct Nov Dec